Opis wyprawy na Krym w lipcu 2006 roku.
RSS
niedziela, 06 sierpnia 2006
Droga tam i z powrotem, czyli DAI w łapę
Wpływ systemu totalitarnego na społeczeństwo wydaje się w Polsce powoli zacierać. Przynajmniej w porównaniu do Ukrainy, gdzie można napotkać wiele reliktów poprzedniej epoki, jeśli chodzi o zachowania ludzkie i nie tylko. Oto pierwsza część relacji z naszej wyprawy na Krym. Niezbyt zachęcająca, ale prawdziwa. Dalej będzie tylko lepiej.

Sztandarowym przykładem na to są służby mundurowe. A zaczyna się na granicy. Zgodnie z poradami innych podróżników zjawiamy się na przejściu granicznym Hrebenne – Rawa Ruska o siódmej nad ranem (warto chyba być nawet nieco wcześniej). Służby ukraińskie traktują nas jak ludzi drugiej kategorii. Oficer sprawdzający paszporty wykrzykuje na Sebastiana, że jeszcze nie wypełniliśmy karty imigracyjnej, rzuca dokumentami. Między samochodami kręci się kilka osób w różnych mundurach i czapkach (słynne wielkie “naleśniki” z daszkami). To przedstawiciele archaicznej biurokracji – podbijają jakieś papierki jakimiś pieczątkami. Żadnych wyjaśnień. Okazuje się, że trzeba na papierku zebrać trzy różnokolorowe pieczątki od trzech osób, by potem papierek ów oddać na bramie sto metrów dalej.

Za bramą czyha pierwszy naciągacz w postaci sprzedawcy ubezpieczenia medycznego (25 hr/os.) na pierwszą pomoc. W dyktowej budce dość miła pani tłumaczy mi, że ubezpieczenie to sprawdzane jest na każdej kontroli policyjnej, a służby medyczne nie udzielą nam pierwszej pomocy, jeśli będziemy dysponować tylko kwitem z naszej Warty. Po dziesięciominutowej dyskusji puszcza nas wreszcie wolno śmiejąc się, że i tak milicja nam wlepi nam mandat przy pierwszej okazji za brak ubezpieczenia. Przez dwanaście dni, trzy i pół tysiąca kilometrów, siedem kontroli nikt ani razu nie spytał o rzeczone ubezpieczenie.

Na ukraińskich drogach patrole policyjne stoją dosłownie co pięćdziesiąt kilometrów. Co najmniej trzy rodzaje służb pilnujących ruchu samochodowego w tym kraju. Szare, zielone i niebieskie mundury, czapki z daszkiem, bez daszka, od czasu do czasu wielkie naleśniki. Siedzą w czerwonych, białych i niebieskich ładach. Każdy od czego innego. Stałe punkty kontroli ma służba zwana DAI, która “udziela pomocy uczestnikom ruchu drogowego”. Trafiamy na nich pod Odessą, ale niczego im nie DAIemy.

Na rogatkach Umania zatrzymuje nas patrol w szarym mundurze. Funkcjonariusz pyta o polskie piwo: Tyskie, Żubr. Nie mamy, więc musimy opłacić podatek klimatyczny. Pięćdziesiąt hrywien, jakiś papierek. Jedziemy. Już będąc na półwyspie mamy okazję pochwalić się rzeczonym papierkiem, ale na jego widok funkcjonariusz (tym razem w ukarińskiej nysce) wybucha śmiechem. “Taki papierek to każdy może wypisać!” - mówi, a skoro każdy może, więc on sam wypisuje nam następny. Pięćdziesiąt hrywien.

Jazda samochodem po Ukrainie to zabawa dla kierowców o mocnych nerwach i samochodów o mocnych zawieszeniach. W podziw wprawiają nas dwudziestoletnie łady i wołgi, które jakimś cudem nie rozpadły się na niekończących się wertepach, dziurach, dołach, koleinach wzdłużnych i poprzecznychoraz wybojach. Literalnie każdy rodzaj nierówności można spotkać na szosach Ukrainy. Pierwszy odcinek naszej trasy to droga przez Lwów i Chmielnicki, której szczególnie nie polecamy. Co rusz obcieramy podwoziem o nawierzchnię. Samochodem rzuca na boki. Wyprzedzanie tirów to rosyjska ruletka – je też rzuca na boki. Przy prędkości 90 kmh samochód jęczy i prosi o litość.

Ja i moja Lada

Szczęśliwy posiadacz Łady Żyguli


Koniec końców podróż końcy się zupełną dewastacją ochronnej blachy wokół tłumika oraz ciężkim nadwyrężeniem amortyzatorów, które pod koniec piszczą i płaczą zmęczone i dobite. Wracamy przez Kijów – to droga o prawie dwieście kilometrów dłuższa, ale nieporównanie lepsza. Na szczęście większość tras omija miasta i wioski, przez co unika się zwalniania do 60 kmh (w terenie zabudowanym), a przez to mandatów, oraz błądzenia po mieście.

W centrach panuje zgiełk i hałas, prawdziwy kocioł. Śmierdzące niemożebnie ikarusy, wielkie kamazy z przyczepami wpychają się jak mogą, a zwinne łady śmigają między nimi. Słodki zapach spalin jest w upale duszący i męczący. Błądzimy w Symferopolu, gdzie trasa prowadzi jakimiś opłotkami, przez osiedle działkowe, dziurami, wąskimi ulicami, bez oznakowania. Błądzimy też w maleńkim Bakczysaraju – w poszukiwaniu stareńkiego, uroczego centrum trafiamy na obrzydliwe bloki i zakłady pracy.

Na sam koniec podróży błądzimy w przygranicznym Uściługu, gdzie docieramy nocą. Nota bene jazda po zmierzchu po Ukrainie to temat na osobne opowiadanie. Tu patrol każe nam opłacić talon ekologiczny, którego normalny koszt to 2hr/os. Omyłkowo omijamy jednak budkę, w której dokonuje się opłat, co rozsierdza chamskiego mundurowego. Dobitnie udowadniając swą nieograniczoną władzę nade mną maluczkim Polaczkiem, żąda 20 zł łapówki za to, że przekroczyłem w środku nocy ciągłą linię zawracając pod jego budką.

Granica to spektakl mający na celu upokorzenie sąsiedniego narodu. Zbieranie pieczątek, protekcjonalne traktowanie, brak informacji, irracjonalne kolekcjonowanie nikomu niepotrzebnych pieczątek, wielostopniowe kontrole. Do tego tabuny mrówek przemycających paliwo, alkohol i papierosy siedzący w volkswagenach passatach kombi, których baki mieszczą po sto litrów ropy (ukraińcy w mercedesach beczkach – po 120 litrów). Wszystko to składa się na obraz niewesoły, potwierdzający wyniki eksperymentów psychologicznych, z których wynika, że człowiek odziany w mundur przechodzi złowrogą transformację psychiczną. Zachłystuje się władzą i czerpie przyjemność z pomiatania tymi, których los zależy od niego.

Nie tylko mundurowi dają nam się we znaki. Mimo że Ukraina to państwo kapitalistyczne, a przynajmniej z wolnym handlem, spotykamy zaskakująco dużo nieprzyjemnych, odpychających ekspedientek, kelnerek, sprzedawców i pracowników obsługi. Do najbardziej barwnych, modelowych przykładów obsługi klienta zaliczyłbym panią sprzedającą bilety wstępu do parku krajobrazowego Nowy Świat, która nie podnosiła niemal wzroku znad komórki. Twarz kelnerki Oksany w knajpce Randjewu w Ałuszcie udało nam się rozchmurzyć dopiero, gdy zamówiliśmy pół litra wódki na stół. Wcześniejsze zamówienia (kawa, lampki koniaku, jedzenie) nie były w stanie przegonić z jej lica naburmuszonej, znudzonej miny.

wodka

Wódka w Randjewu (od lewej: Magda, Sebastian, Iza)


To się oczywiście powoli zmienia. Ci, którzy prowadzą własny, prywatny straganik wiedzą co to znaczy handel. Spotkamy takich na przydrożnych bazarach z arbuzami, melonami, brzoskwiniami, suszonymi rybami. Wykrzykują i zachęcają do swoich produktów. Każda droga ma swój lokalny koloryt. Na szosie z Umania do Kijowa można kupić świeże (?) raki. Jadąc z Kijowa do Żytomira zaopatrzymy się w maskotki pluszowe dowolnego kształtu i wielkości. Jadąc z Odessy do Khersonu napotkamy na niekończące się straganiki z owocami i warkoczami czerwonej cebuli. Trafimy też na “zagłębie wiklinowe” z mnóstwem koszy i foteli z wikliny oraz bogactwem mioteł. Na przełęczy między Ałusztą a Symferopolem ulokował się miodowy parking 24h na dobę (to stąd prowadzi szlak na Czatyrdah).

Na mniejszych drogach napotkamy także na targowiska toczka w toczkę do tych z Afryki (jak mówi bywalczyni Izabela). Nagle droga się zwęża, po obu stronach wyrastają szpalery blaszanych bud, samochody stają w korku, bo kamazy parkują wyładowane towarem. Obrazu dopełniają rozlatujące się wołgi i łady, ciężarówki o przekrzywionych osiach. Wszystko przykryte warstwą pyłu i kurzu.

zil

Ził - brat bliźniak kamaza


Za Odessą (w stronę Krymu) trafiliśmy na wielokilometrową kolejnę kamazów stojących z towarem do punktu skupu. Niestety nie udało nam się ustalić jaki ładunek miały. Co zaskakuje, w tej liczącej dobre kilkaset, może nawet tysiąc wozów, nie było innego samochodu niż kamaz.

kamazy pod Odessą

Kolejka kamazów pod Odessą

Po powrocie na polskie drogi wydaje się, że w naszym kraju panuje ład, czystość i porządek. Na szczęście drogi to najgorsza z odsłon Ukrainy. W kolejnych odcinkach będzie lepiej i weselej.

21:12, borysek
Link Komentarze (4) »
1 ... 11 , 12 , 13