Opis wyprawy na Krym w lipcu 2006 roku.
RSS
czwartek, 05 października 2006
Ta ostatnia niedziela - Plaża w Ałuszcie.

 

Gdzie najlepiej pójść na plażę? - pytamy tej starej, szwaczki. - Ano najlepiej na zachód, tam mniej narodu - odpowiada grzecznie. Ja wiem, bo sama chodzę na plażę, dzisiaj już o szóstej rano byłam.

Nie dowierzamy, pytamy więc jeszcze Andrija, syna Nadii. On wskazuje nam na wschodnie plaże, zwłaszcza poleca tę należącą do sanatorium. Andrij jest młodszy niż starowinka szwaczka, więc istnieje większe prawdopodobieństwo, że wie co mówi, tedy postanawiamy kierować się jego wskazówkami i ruszamy na Wschód. Okazuje się jednak, że na sanatoryjną plażę wstęp tylko za okazaniem książeczki kuracjusza. Udajemy, że nie rozumiemy, ale i tak nas nie wpuszczają. A jest to faktycznie najlepsza plaża w okolicy. Najmniej zatłoczona i czystsza niż miejska plaża.

 A plaża miejska wygląda pododbnie chyba w każdym mieście Krymu. Czyli przede wszystkim - kamienie lub ciemny piach, leżaki, betonowe falochrony i ostrogi. Co kilkaset metrów płot, który oddziela części plaży dzierżawione przez niezależne podmioty.

Za wjazd na plażę trzeba płacić, niewiele, parę hrywienek, ale trzeba. Tłum nieprzebrany i hałas, gwar. Wiary, jakby za darmo dawali coś, obojętnie co. Leżą jak śledzie na drewnianych leżakach. Tłoczą się przy wejściu do wody, trudno wnieść ze sobą materac. Ale ta ciżba opalająca się to nic, to nic.

Najgorsi są sprzedawcy obnośni. Tych jest tu taka konkurencja, taka podaż niebotyczna, że trudno sobie wyobrazić. Chodzą niemal gęsiego, niemal jak karawana. I drą się: - Gorieczi czaj, kafje. Czeburieczki gorieczi, z mjasom, z syrem, riby suszone, krewetki, ryby wędzone, ciastka z miodem, piwo chołodne, obiady domowe. I tak chodzą w jedną i w drugą od muru do muru, wzdłuż całej plaży miejskiej. A jak na moment umilkną i już się wydaje, że będzie na moment cicho to nagle wrzaśnie przez megafon facet od lotów na paralotni lub połowów morskich. W ostateczności jakiś plażowicz włączy radio, żeby uniknąć ciszy. Unikaj ciszy za wszelką cenę - oto motto rosyjskich wczasowiczów.

Leżymy na drewnianych leżankach poskubując słonecznik prażony, popijając wodą mineralną i rozglądając się wokół. Aby się nieco rozruszać postanawiamy pożyczyć wielgachny jak łoże królewskie materac dmuchany i zaiwaniamy z nim w pełne morze. Igraszkom i śmiechom nie ma końca, gdy wraz z Magdą wdrapujemy się nań i spadamy chlapiąc wokół i prychając głośno. Śmichy chichy kończą się jak nożem uciął, kiedy podczas przepychanek-łaskotek żona przykładnie łokciem przyfasoliła mi w nos, w moją biedną kichawę złamaną miesiąc wcześniej podczas gry w piłkę. Słyszę suchy chrzęst i już wiem, że rehabilitacja nosa potrwa dłużej. Na szczęście to tylko lekkie pęknięcie. Nic się nie dzieje.

Leżymy więc dalej, leniwie palimy papierosy i łapiemy ostatnie słońce ukraińskie, gorące i męczące. Ładujemy akumulatory przed pochmurną polską jesienią. Ożywiamy serotoninę i noradrenalinę. To było tak dawno, z perspektywy ponad dwóch miesięcy czuję, że wspomnienia giną śmiercią naturalną, w natłoku wrażeń innych. Dzisiaj już wiem, że sierpień był w Gdańsku paskudny i zimny. Że po powrocie do domu przez dwa tygodnie nic tylko chmury. Ale leżąc na tamtej plaży, która wydawała mi się obskurna o tym nie wiedziałem. Dzisiaj, pomimo niskich ocen za estetykę, wróciłbym na tą plażę bez zmrużenia okiem, gdyby ktoś mi zaproponował. Co się jeszcze działo na tej plaży?

Ach, jeszcze była ta zakutana w chustę babuszka o srebrnych zębach sprzedająca świeżutkie czeburieki. Kupujemy od niej tylko po to, by zrobić jej zdjęcie, tak malowniczo się uśmiecha. Do zdjęcia jednak się nie uśmiechnęła. Jej srebrne zęby zostaną tylko w naszych głowach. Będziemy pamiętać, droga babuszko, będziemy wspominać twoje srebrne zębiska ze śmiechem. Po plaży włóczęga wzdłuż straganów. Wydajemy drobne hrywienki na pierdółki, pamiątki, duperele, bibeloty. Iza i Seba kupują wachlarz, właśnie - gdzie ten wasz wachlarz, nie widziałem go ostatnio na imprezie pożegnalnej. Tak, pożegnalnej, bo Iza właśnie wyjechała na rok do Berlina.

A przed chwilą bylim razem na Ukrainie, na Krymie, na ałusztańskiej plaży. Ostatnio zerknąłem do Sonetów Krymskich. Mickiewicz poświęcił Ałuszcie dwa sonety aż. Sporo musiało się zmienić przez te parę lat, oj sporo. Patrzymy na góry otaczające Ałusztę. Roman-kosz, Demerdżi, Czatyrdah. Trzeba będzie tu wrócić jeszcze i po nich pochodzić. Co jeszcze? Jeszcze trampki ukraińskie (po bułgarsku: maratonki), niebiesko-białe, które kupiłem po kompletnym i ostatecznym krachu sandałów trekingowych karrimor.

Jeszcze przyprawy, które kupujemy u Uzbeka, przepięknie pachnące, na miejscu mieszane z tysiąca składników. Jeszcze orzechy i figi zatopione w miodzie kupione na ryneczku i jeszcze takie tabliczki orzechowe z karmelem i miodem. Ostatnie łyki kwasu chlebowego. I w drogę, w drogę. Ostatnia kawa z koniakiem w Randjewu (a może już jej nie było?). Ostatnie piwo, ale gdzie? Nie pamiętam, chyba u nas w patio. Tak! Seba znalazł przecież Obołona Pszenicznego w sklepiku na rynku. Piliśmy go na patio. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że Iza będzie podczas powrotu cierpiała na zapalenie ucha i będzie się ratowała ukraińskim paracetamolem za 20 kopiejek kupionym w aptece w Kijowie. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że 100 km przed granicą, w środku nocy, w ulewie zepsują nam się wycieraczki i będziemy czekać, aż przestanie padać. Jeszcze nie wiemy, że pogranicznicy nas poniżą i że pod Ostródą złapiemy gumę (po angielsku flat-tyre).

Nie wiemy jeszcze o wielu rzeczach, które nadejdą. Piszemy pocztówki w Randjewu (czyli jednak była ta ostatnia kawa), Iza wysyła do Stanów, do mamy. Patrzymy na wszystko tak, jakby nie miało wcale nazajutrz zniknąć.

A zniknęło, bo wyjechaliśmy.

 

P.S. Zdjęcia dodam wkrótce. 

12:38, borysek
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13